︎︎︎strona główna ︎ spis treści ︎︎︎materiały ︎︎︎o projekcie
︎︎︎ poprzedni tekst | następny tekst︎︎︎

dr Łukasz Stankiewicz


O naszych kłopotach z uniwersytetem


︎ 10 min czytania

Poniższy tekst jest nie tyle próbą podsumowania seminariów „Co się dzieje z uniwersytetem?”, co raczej pomyślenia, co wynika zarówno z nich, jak i ze wszystkich innych rzeczy, które w przeciągu ostatnich dwóch lat działy się ze szkołami wyższymi. Moim celem nie jest ani ocena, ani tworzenie projekcji czy planów, tylko zarysowanie pewnej interpretacji tego, jak można uniwersytet – jako formę ludzkiej aktywności – rozumieć.

Ostatni okres był bogaty w wydarzenia; neoliberalny kurs obrany przez trójkę poprzednich Ministrów Nauki i Szkolnictwa Wyższego został radykalnie zanegowany. Stało się to w momencie, w którym postulaty dotyczące oceny jednostek naukowych, zawarte już w reformach minister Barbary Kudryckiej, miały się wreszcie zrealizować. Cios w system ewaluacji – zamazanie jej kryteriów i uzależnienie ich od woli ministra – był też na tyle silny, że trudno wyobrazić sobie kolejną korektę kursu, mającą na celu powrót na ścieżkę neoliberalnego zarządzania. Można na to patrzeć jako na wygenerowany przez polityczną niestabilność przypadek, można też jednak nazwać przypadkiem to, że konserwatywny backlash nastąpił tak późno.

Abstrahując od rzeczywistości politycznej, a koncentrując się na samych reformach, należałoby zadać pytanie: do jakiego stopnia planowane przez ponad dekadę zmiany rzeczywiście wpłynęły na kształt szkolnictwa wyższego czy codzienne doświadczenie akademików? Struktura naszych instytucji wydaje się o wiele bardziej odporna na zewnętrzne ingerencje niż można by sądzić. Jej konserwatywna bezwładność stanowi jednocześnie pewien paradoks, jeśli wziąć pod uwagę – nietypową dla współczesnego świata – organizacyjną formę akademii.

Niniejszy tekst stanowi próbę uchwycenia kilku lekcji, które moim zdaniem wynikają zarówno z trwających zmian jak i naszej wspólnej refleksji nad nimi.


Uniwersytet przeciwko oświeceniu


Myśląc o uniwersytecie, należałoby w pierwszej kolejności zmierzyć się z jego nieracjonalnością.

Uniwersytet nie jest aprioryczną konstrukcją wytworzoną w celu realizacji misji. Jego struktura przypomina raczej to, co Amerykanie nazywają kludge czy kluge: zbiór źle dobranych elementów mających pełnić pewien cel. Odpowiedniki kludge znajdziemy w wielu językach – od indyjskiego jugaad przez japońskie chindōgu po – znów amerykańskie, pogardliwe – redneck technology

Kludge ma zakres znaczeniowy, który w języku polskim zawiera się między słowami „prowizorka” i „fuszerka” i uniwersytety mają cechy i jednej, i drugiej, są organizacjami o długiej tradycji, trwającymi pomimo tego, że przeminęły społeczne, polityczne i ekonomiczne warunki, w których powstały; wraz ze zmianą tych warunków gubią one i nabywają funkcjie, struktury i sposobówy działania . Z tego powodu mogą one jednocześnie prowadzić domy wczasowe i drużyny sportowe, organizować wystawy sztuki i studenckie bachanalia, mieścić w sobie zarówno badaczy zajmujących się rozwojem sztucznej inteligencji, jak i ostatnich scholastyków, fizyczki kwantowe i feministki.

Można sądzić, że ta różnorodność jest źródłem siły, że uniwersytet ma w swoim repertuarze narzędzia pozwalające poradzić sobie z dowolnym zagrożeniem. Istnieją też jednak wady bycia kludge. Najpoważniejszą z nich jest nieprzejrzystość otaczających nas struktur, ich arbitralność i oporność na zmiany. Uniwersytet nie zaspokaja, bo zaspokoić nie może, naszego pragnienia racjonalności i agencji, a będąc strukturą pozwalającą na pojawienie się wielu głosów, nie ma głosu własnego. Bardzo trudno, powiedzieć coś w imieniu akademii lub o niej, tak by uznał to za prawdę każdy, kto tkwi w jej strukturach.

Pomimo tego akademia domaga się, by o niej mówić. Domaga się przede wszystkim dlatego, że będąc strukturą ad hoc, jest wystawiona na kolejne fale racjonalizacji, które dotykają naszych społeczeństw od czasów oświecenia.

Uniwersytet przetrwał już reformy, który przyszły wraz z rewolucją francuską i wyłaniającym się światem państw narodowych, później – w naszej części świata – urabiały nas władze komunistyczne, obecnie zaś zostaliśmy wystawieni na działające wspólnie racjonalności rynku i demokracji. Modernistyczne, oświeceniowe reżimy, do których należą zarówno liberalna demokracja, jak i komunizm, gdy stykają się z prowizoryczną strukturą, próbują ją zrozumieć i uprościć, wyznaczyć jej funkcje społeczne i zrekonstruować w taki sposób, by była ona w stanie je wypełniać. Niezmiennie reorganizowana jest też struktura władz tak, by stały się one bardziej podatne na zewnętrzne sygnały i naciski. 

Każda z dotychczasowych fal racjonalizacji miała swoje specyficzne cele i obsesje, ale każda próbowała też, zazwyczaj bezskutecznie, rozplątać węzeł gordyjski, jakim są szkoły wyższe. Oddzielić od siebie rzeczy (np. badania naukowe i nauczanie), które w „normalnej” czy „racjonalnej” instytucji nie miałyby prawa współistnieć.

Może się wydawać, że jeśli akademia ma się przeciwstawić zewnętrznym ingerencjom, konieczne jest wypracowanie jakiejś wspólnej perspektywy, wspólnego głosu czy narracji, która pozwoli akademikom wypowiedzieć swój sprzeciw. Działania polityczne wymagają zazwyczaj jakiejś definicji interesu wspólnego i pewnego poziomu organizacyjnej dojrzałości. Nic takiego nie ma jednak miejsca. Tak jak sam uniwersytet, zarówno rodzący się w nim sprzeciw, jak i „kolaboracja” są organizowane ad hoc i prawie nigdy nie przekraczają wewnętrznych granic, dzielących akademię na pracowników „starych” i „młodych”, nauki przyrodnicze z jednej i humanistyczne i społeczne z drugiej strony, akademików i administrację, pracowników i studentów, akademickie władze i szarych akademików, wreszcie akademickie centrum i peryferia. W pewnym stopniu niemożliwość porozumienia ponad podziałami wynika z faktu, że to one te ostatnie determinują emocjonalną geografię uniwersytetu. Przeciwstawione sobie grupy często darzą się niechęcią, prawie zawsze odnoszą się do siebie z lekceważeniem. U podstaw tych uczuć leży zróżnicowanie ludzkich doświadczeń i interesów występujące w skali, jaka jest możliwa do wyobrażenia tylko w organizacji tak zdecentrowanej jak uniwersytet. Często nie czujemy zrozumienia dla ludzi, którzy formalnie należą do tej samej co my instytucji, ale znajdujemy je dla aktorów spoza niej – czasami dokładnie tych, których żądania destabilizują jej strukturę.

Złożoność akademii, jej struktura kludge czyni ją więc jednocześnie podatną na atak i niezdolną do obrony. Nie oznacza to jednak przegranej bo kludge jest w stanie włączyć w swój chaos każdy nowy element i włączając, zneutralizować go, pozwalając, by jego siła rozproszyła się w bezładzie.

Niestety, ten sam bezład z równą łatwością co próby odgórnych reform unieważnia też nasze starania, jeśli zdarzy nam się zamarzyć o uniwersytecie lepszym niż ten z którym na co dzień mamy do czynienia.


Organizacyjny optymizm i organizacyjny pesymizm


Uniwersytet cechuje wielość organizacyjnych zakamarków, zamieszkujących je aktorów, ich motywacji i starań. Poszczególne zakamarki mają ze sobą ograniczony kontakt, poszczególni aktorzy mają nad sobą ograniczoną władzę. Doświadczenia członków rozmaitych społeczności zamieszkujących akademię mogą być od siebie radykalnie odmienne. Strukturę tę można z łatwością opisać w sposób eksponujący zarówno jej dobre, jak i złe strony.
Z jednej strony możemy uznać uniwersytet za zorganizowaną anarchię – operującą w oparciu o niespójne i pozbawione precyzji preferencje raczej niż stabilne struktury, pozbawioną jasnej technologii działania i w efekcie opierającą się na osobistych doświadczeniach i metodzie prób i błędów, wreszcie cechującą się płynną partycypacją, gdzie działania poszczególnych aktorów są rozproszone pomiędzy wiele domen, a natężenie uwagi i wysiłku poświęcanych każdej z nich stale fluktuuje. Taka organizacja będzie zbiorem „[…] decyzji szukających dylematów, uczuć i przekonań szukających sytuacji spornych, w których można by dać im wyraz, odpowiedzi szukających pytań i decydentów rozglądających się za pracą”. (Cohen, March, Olsen 1972: 2)

Przedstawiony powyżej model organizacji jako kosza na śmieci (garbage can model) pozwala dość precyzyjnie uchwycić zarówno pozytywne, jak i negatywne strony funkcjonowania na uniwersytecie. Uniwersytety są wypełnione potencjałem, dają możliwość partycypacji w różnorodnych działaniach, projektach i społecznościach. Pozwalają nam definiować cele i dążyć do nich – osobiście lub w grupach.

Jednocześnie powszechna wolność do partycypacji oznacza brak władzy nad tym, czy i w jakim stopniu inne osoby biorą udział w realizacji opisanych przez nas celów. Nasze działania są naszymi osobistymi działaniami, a nasze preferencje – naszymi preferencjami i wraz z ustaniem tych pierwszych lub zmianą tych drugich to, co dotąd zbudowaliśmy, rozpłynie się, nie pozostawiając żadnych śladów w postaci formalnych, niedobrowolnych struktur organizacyjnych.

Oznacza to, że akademia stale pobudza nas do działania jednocześnie gwarantując, że w ostatecznym rozliczeniu każde z naszych starań zakończy się porażką. Oznacza to też, że w jej ramach to, co formalne (instytucje, regulacje, normy), jest mniej istotne niż to, co osobiste (motywacja, preferencje, moralność).


Suwerenność profesorów


Jeśli jest jakaś fałszywa nuta w powyższym opisie, to dotyczy ona niezdolności przedstawianego modelu do wyjaśnienia akademickiej hierarchii. Krytycy stosowania modelu garbage can w odniesieniu do uniwersytetu zwracają uwagę, że stopień podporządkowania formalnym strukturom jest odwrotnie proporcjonalny do naszego stanowiska w akademickiej hierarchii. Sytuujący się na samym jej dole studenci często są poddawani dowolnie arbitralnym i bezsensownym procedurom biurokratycznym. Wraz z wzrostem naszej pozycji procedury te mają na nas coraz mniejszy wpływ, a gdy dochodzimy na sam szczyt, wszystkie nasze interakcje są – w ostatecznym rozliczeniu – osobiste raczej niż instytucjonalne; każda próba wpłynięcia na nas, nawet jeśli byłaby oparta na (deklaratywnie) najmniej elastycznych normach (np. negatywnej ocenie kradzieży czy fałszowania wyników badań), będzie odczytywana jako coś, co wynika z czyichś osobistych pobudek raczej niż organizacyjnych regulacji.

Oznacza to, że wraz ze wzrostem naszej pozycji rośnie nasza wolność. Można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że ostateczną „funkcją” uniwersytetu (czy przynajmniej zasadą na tyle niełamliwą, że cała uniwersytecka rzeczywistość musi się do niej dopasować, nawet jeśli deformuje to każdą strukturę, jaka takiemu dopasowaniu podlega), jest wytwarzanie anarchicznej wolności. Wolność ta nie jest jednak rozdzielona tak równo, jak sugeruje „optymistyczne” odczytanie modelu kosza na śmieci (proponowane zresztą przez samych jego autorów). Nie jest to też wolność, z jaką mamy do czynienia we współczesnych społeczeństwach – wolność w ramach prawa – ponieważ jej główna treść zawiera się w unieważnianiu, naginaniu, rozpraszaniu wszelkich regulacji, jakim mógłby podlegać ten, kto nią dysponuje.

Pojęciem, które najlepiej ją opisuje, jest „suwerenność” w sensie nieodpowiadania przed nikim i sytuowania się poza prawem czy moralnością. Profesorowie oczywiście nie są suwerenami mogącymi z łatwością narzucać zasady działania innym, domeną akademickiej wolności są wyłącznie działania jednej osoby – jest to wolność negatywna raczej niż pozytywna.

Suwerenność profesorów, jak zresztą i każda inna, ma pewną niezamierzoną konsekwencję. Osoba, grupa osób czy organizacja sytuująca się ponad prawem może w teorii pozwolić sobie na wszystko. To jednak, że nic nie ogranicza jej działania, oznacza – podobnie jak w paradoksie wszechmocy – że ona sama również nie może narzucić sobie żadnych ograniczeń. Suweren nie może nic w wiążący sposób obiecać ani zagwarantować. W konsekwencji wszystkie kontakty z nim muszą opierać się na zaufaniu. Jest to szczególnie odczuwalne dla tych, którzy posiadają słabszą pozycję, np.: młodszych pracowników naukowych nie mogących wejść z profesorami w żaden obopólnie wiążący kontrakt, ponieważ jedna ze stron może go zawiesić bez żadnych konsekwencji. Wytwarza to dramatyczną różnicę w percepcji wzajemnych powiązań pomiędzy osobami na różnych szczeblach akademickiej kariery. To, co profesorowi może jawić się jako akt opieki, związek mistrz-uczeń lub nawet związek oparty na równości, druga strona (młodszy pracownik, doktorant, student) będzie z konieczności postrzegać jako sytuację niestabilną, zakorzenioną w kaprysie i w związku z tym niebezpieczną. W skrajnych przypadkach nawet przy braku realnego wyzysku (który nie jest zresztą ani w Polsce, ani w globalnym świecie akademickim niczym niezwykłym) to, co jedna strona widzi jako sam rdzeń nieskażonego ekonomiczną racjonalnością ducha akademii, druga będzie postrzegać jako wynik – jednej z wielu wymaganych od niej – racjonalnych, egoistycznych kalkulacji.

Gdyby skonfrontować stanowiska obu stron, każda z nich uznałaby opis sytuacji dokonany przez drugą za wynik niezrozumienia zakorzenionego w osobistych słabościach – naiwności czy cynizmie – a nie efekt działania pewnego mechanizmu organizacyjnego.

Opisane powyżej napięcia utrudniają młodszym pracownikom nauki zrozumienie krytyki, jaką pracownicy starsi formułują wobec reform biurokratyzujących system. Młodsi akademicy widzą w „obiektywizacji” swoich osiągnięć szansę na uniezależnienie od arbitralnych stosunków czy na wyjście z opartych na wyzysku stosunków patologicznych. Podobnie są przez nich traktowane takie rozwiązania jak ograniczenie wpływu osób powyżej 65 roku życia na zarządzanie akademią czy nawet wzmocnienie władzy rektorskiej. Cechą wspólną wszystkich tych zmian jest osłabienie części starszych pracowników, utrudniające reprodukcję systemu opartego na więziach osobistych raczej niż formalnych.

Możliwe, że te wątpliwości co do statusu i roli profesorów dotyczą głównie akademików z dziedziny nauk społecznych i humanistyki, którzy „dorastali” już w uniwersytecie przekształconym przez reformy z lat 90., kiedy pauperyzacji szkół wyższych zapobiegano za pomocą funduszy płynących z rynku edukacyjnego, nawet jeśli cierpiała na tym misja badawcza.

Dla ludzi (do których sam zresztą należę), znających tylko mniej lub bardziej patologiczne formy życia akademickiego, powrót „prawdziwego” uniwersytetu – i tym samym rezygnacja z wszelkich sformalizowanych prób ograniczania jego patologii – nie jest  propozycją kuszącą.


Co z tego wynika, czyli uniwersytet jako źródło cierpień


Uniwersytet nie wyczerpuje się oczywiście w sporze pomiędzy zasadą biurokratyczną a anarchiczną suwerennością, ale to one organizowały naszą rozmowę o nim w Polsce w roku 2022. Stawką sporów, w których bierzemy udział wydaje się być uchronienie akademii od zamknięcia w żelaznej klatce neoliberalnych regulacji i tym samym zniszczenia jej ducha. Jest to co prawda zagrożenie, na które uniwersytety są narażone od blisko dwóch stuleci, ale nie oznacza to przecież, że siły rozumu, standaryzacji i normy są zawsze skazane na porażkę. 

Zmiany, które już nastąpiły – od punktowego systemu oceny pracowników po wzmocnienie władzy rektorów i rozrost administracji – sugerują, że system biurokratyczny wygrywa.

Jednocześnie prawie każdy ruch skierowany w uniwersytet spotyka się prędzej czy później z kontrą. Każde biurokratyczne zwycięstwo – czego świadectwem jest przebieg zakończonej niedawno ewaluacji jednostek naukowych – może być cofnięte, unieważnione czy wywrócone na nice tak, by mechanizmy pomiaru zaczęły premiować dokładnie to, przed czym miały chronić.

To, że ta logika – natrętnych działań władzy (lub rynku, kościoła, partii) i defensywnych reakcji akademików, rozwadniających z czasem każdą próbę regulacji czy podporządkowania – stale nam towarzyszy, jest jednocześnie godne pożałowania i nieuniknione.  

Akademia ma większą cierpliwość od władzy i jest w stanie powoli i stopniowo, często przy użyciu moralnie podejrzanych metod, ochronić większość tego, co się na nią składa nawet przed pozornie katastrofalnymi reformami. Poza cierpliwością istotne znaczenie ma też złożoność – chociaż opór nie jest prawie nigdy zorganizowany, to pojawia się w tej samej chwili w niezliczonych punktach.

Nie oznacza to, że bezpieczeństwo naszych instytucji jest zagwarantowane. Pewne jest raczej to, że będziemy doświadczać stałych napięć – zarówno wewnętrznych, występujących pomiędzy poszczególnymi kategoriami pracowników, jak i zewnętrznych, pomiędzy społecznościami składającymi się na akademię a światem leżącym poza nią. Napięcia te nie będą nigdy (lub prawie nigdy) rozładowywane w wyniku zwycięstwa jednej ze stron (ponieważ w ostatecznym rozliczeniu wszystkie kategorie aktorów, o jakich tu mowa, są współzależne), bardzo rzadko będą też w jakikolwiek sposób produktywne.

Wynika z tego tyle, że pomimo przyjemności i poczucia spełnienia, jakie czerpiemy z bycia częścią akademii – czyli rzeczy, o których, trzeba przyznać, nie pisałem w tym tekście zbyt wiele – uniwersytet jest też źródłem nieszczęścia, niechęci i znużenia.

Jest nim poza wszystkimi kwestiami opisanymi powyżej – czyli istnieniem trwałych i nierozwiązywalnych napięć i stałą gorączkową aktywnością, której efekty są periodycznie unieważniane – ponieważ w ostatecznym rozliczeniu nasze wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać życie organizacji i jak powinny funkcjonować jej władze, też są zakorzenione w myśli oświecenia. 

Władza powinna działać na rzecz dobra wspólnego, powinna być efektywna i transparentna. By mogła taką być, musi opierać się na precyzyjnej wiedzy o tym, co podlega zarządzaniu, to z kolei oznacza że musi być w stanie tą wiedzę wytworzyć. Władza i wiedza łączą się również na innym poziomie – to, co od czasu oświecenia nazywamy „wiedzą”, ma często strukturę projektu czy planu przekształcenia świata tak, by możliwe było powołanie do życia struktur (takich jak na przykład wolny rynek), które są w danym momencie uważane za „naturalne”.

Uniwersytet tymczasem, jest instytucją, która wymyka się łatwemu zdefiniowaniu. Nie ma żadnej dominującej perspektywy, która byłaby w stanie wyłożyć nam jego teorię i tym samym – performatywnie – nadać kierunek jego zmianom tak, by ostatecznie stał się tym, czym być powinien.

Nie oznacza to, że to pragnienie nam nie towarzyszy i że nie jest ono w jakiś sposób konieczne by – summa summarum, przez złożenie tysięcy starań – podtrzymać naszą wolność. Będzie to jednak wolność ciężko wywalczona i skażona stałym znużeniem.

Odniesienia


Cohen, M. D, J. G March, & J. P Olsen. (1972). A garbage can model of organizational choice. Administrative science quarterly, 17(1), 1–25.
︎︎︎powrót do góry